Minusy pracy obozowej na Grenlandii

Zupełnie niezauważenie dwa dni temu minął miesiąc, od kiedy wróciłem z Grenlandii. Do tej pory w moich tekstach pojawiały się w większości pozytywne aspekty związane z pracą na obozie. Nie zawsze jednak było tak kolorowo i radośnie, o czym chciałbym Wam teraz opowiedzieć i odczarować tym samym ten obrazek, który nakreślałem do tej pory.  W dzisiejszym poście możecie więc poczytać o wszystkich problemach, które – czasem skutecznie – potrafiły dać się we znaki i sprawiać, że miałem ochotę pakować walizkę. A takich rzeczy było sporo.

Konflikty interpersonalne

Numer jeden na liście największych problemów związanych z pracą na obozie. Będąc zamkniętym na odizolowanej przestrzeni przez dwa miesiące, w trakcie których prawie codziennie w obozie coś się dzieje i coś trzeba zrobić, bardzo łatwo było o stres i negatywne emocje. Do tego dochodziły niedomówienia i nieporozumienia – wszystko to kumulowało się do tego stopnia, że czasem jedynym wyjściem było założenie słuchawek, puszczenie muzyki i wyjście w góry, żeby przetrwać te trudne lub ciche dni. Nie zliczę, ile razy należało się też ugryźć w język, by nie pogarszać sytuacji.

Czasem problemem była też bariera językowa i kulturowa. Zdarzało się, że z uwagi na nieznajomość angielskich odpowiedników padały islandzkie nazwy składników kuchennych lub czynności do zrobienia. I bądź tu człowieku mądry! Co więcej, oczekiwania wobec nas zmieniały się niespodziewanie lub były ze sobą wewnętrznie sprzeczne. O niektórych obowiązkach, takich jak nocne czuwanie czy opieka nad sprzętem komputerowym szefostwa dowiadywaliśmy się dopiero wtedy, gdy pojawiała się taka potrzeba.

Jeszcze jedna ważna sprawa, która budziła ogromną frustrację – nierówne i niesprawiedliwe traktowanie mnie i P. Zgodnie z patriarchalnym podziałem obowiązków u Bobo i Jony, P., jako kobieta, spotykała się z bardzo wysokimi oczekiwaniami w pracy w kuchni. Ja byłem oceniany zupełnie innymi  – i szczerze mówiąc niższymi – standardami. Bobo nie pomaga żonie w najmniejszym stopniu, co zresztą często powtarzał gościom, wobec czego niektóre błędy, które ja popełniałem nie były krytykowane w takim samym stopniu, jak P. I pomimo różnych starań z naszej strony pewien niesmak pozostawał.

Wyczerpanie

Absolutny numer drugi na liście największych minusów obozu. Zmęczenie było zresztą nieuniknione: w trakcie całego pobytu na Grenlandii mieliśmy jedynie trzy dni wolne w lipcu, gdy w obozie nie było gości. Zwykle pracowało się siedem dni w tygodniu od 7 do 21 z okazjonalną chwilą na drzemkę i odpoczynek. Za każdym razem też, gdy ktokolwiek chciał udać się do kabiny i nieco przespać, należało zapytać o zgodę szefową.

Na przełomie sierpnia i września zmęczenie zaczęło się też wyraźnie udzielać naszym Islandczykom, wobec czego nawet oni starali się ograniczać liczbę zajęć do akceptowalnego minimum. Coraz częściej padały gorzkie słowa pod adresem zatrudniającej nas wszystkich firmy, naszego menadżera i tego, jak wiele pracy od nas wymagał za zbyt niską stawkę. I trudno się temu dziwić: szefowa spędzała większość dnia w kuchni przygotowując lub planując posiłki, a Szefu ciągle miał coś do naprawy: nie działające światła, pękające deski w podłodze czy przeciekające na deszczu ściany kabin. Zarówno Bobo i Jona jak i ja z P. umacnialiśmy się też w przekonaniu, że nie chcemy wrócić do obozu za rok na tych samych warunkach, jak do tej pory.

Kłopotliwi goście

Już pierwszej lub drugiej nocy pobytu Niemców dowiedzieliśmy się, że oprócz naszych codziennych zadań w kuchni musimy też zająć się pilnowaniem pijących gości nocą. Wynikało to z dwóch faktów: po pierwsze należało uważać na możliwość zaprószenia ognia, gdy wieczorami zapalaliśmy świeczki, a po drugie trzeba było kontrolować sprzedaż alkoholu i alarmować szefa, gdyby doszło do bójki pomiędzy gośćmi. Ponoć takie rzeczy zdarzały się w poprzednim sezonie. Nie sposób było siedzieć do drugiej czy trzeciej nad ranem a następnie wstać na 7 kolejnego dnia. Niezbędnym stał się więc podział obowiązków: to z nas, które tego dnia miało zmianę śniadaniową rano, musiało pilnować też gości w nocy, ale za to mogło dłużej pospać nazajutrz.

W naszym obozie mieliśmy też cichszych i spokojniejszych ludzi, którzy nie byli źródłem wielu problemów. Odwiedziła nas na przykład niezwykle sympatyczna amerykanka, z którą miło się spędzało czas, ale podczas sprzątania jej kabiny okazało się, że chomikowała w nocy jedzenie z lodówki i pozostawiła nam wszystkie używane naczynia z uschniętymi resztkami posiłków. Odwiedzili nas też gadatliwi Włosi, małomówni Norwedzy, którzy dali sowite napiwki wszystkim pracownikom obozu za wyjątkiem mnie i P. oraz Rosjanie, przed którymi mieliśmy największe obawy.

Problemy organizacyjne

Życie na obozie przebiegało w rytmie powtarzalnego schematu: śniadanie – praca – lunch – praca – odpoczynek – kolacja – sen. Pod koniec sierpnia rytm ten coraz częściej był jednak zakłócany przez sytuacje awaryjne, które wynikały z tego, że szefostwo na Islandii miało nikłe pojęcie o funkcjonowaniu naszego obozu.

Weźmy pierwszy przykład z brzegu – lista gości. Nasz szef obozu, Bobo, otrzymał rozpiskę gości i terminów ich pobytów jeszcze przed rozpoczęciem sezonu. Problemy były jednak dwa: po pierwsze, lista nie zawierała nazwisk i ilości zajmowanych domków, a jedynie liczbę osób i nazwę firmy, która dokonywała rezerwacji. Zdarzyło się więc, że kilkoro gości zapłaciło za posiadanie kabiny na wyłączność, a wszystkie pozostałe domki były już zajęte. O zapłacie za pojedynczą kabinę na liście gości nie było nawet słowa.

Drugi problem polegał natomiast na tym, że lista gości zmieniała się w zasadzie z dnia na dzień – zarówno w zakresie dat pobytu, jak i ilości osób. O ile było to dla mnie absolutnie zrozumiałe w poprzedniej pracy – na recepcji w krakowskim hostelu, gdzie potencjalni klienci mogli przyjść w środku nocy prosto z ulicy – to w przypadku pobytu na Grenlandii, gdzie rezerwacji dokonuje się z minimum półrocznym wyprzedzeniem – było dla mnie zagadką. Zdarzyło się na przykład, że pewnego dnia na liście gości mieliśmy dwie osoby, a w trakcie rozmowy telefonicznej z szefostwem na Islandii okazało się, że gości będzie sześciu – ponieważ cztery osoby dostały propozycję pobytu na obozie w ramach spłaty jakiegoś długu właściciela firmy.

Co więcej, przyjazdy do obozu związane były ściśle z godzinami przylotów do Narsarsaq. Gdy goście wylatywali z Keflaviku, przylatywali na Grenlandię po 18 i przybywali do nas około 21. Czekała już na nich gorąca zupa powitalna i ciasto. Kilka razy zdarzyło się jednak, że przypłynęli do nas goście, którzy dostali się do Narsarsaq wcześniejszym lotem z Kopenhagi, przez co w obozie byli już około godziny 16. Nikt nas o tym nie uprzedzał, dlatego też widok przypływającego statku w trakcie sprzątania obozu, suszenia prania lub przygotowywaniu posiłku stanowił dla nas totalną niespodziankę.

Jeszcze jeden przykład chaosu organizacyjnego, z którym musieliśmy się zmierzyć: z różnych powodów para myśliwych ze Stanów przybyła do naszego obozu kilka dni później, niż było to zaplanowane. I o ile transport do obozu został dla nich zarezerwowany, to menadżer obozu z siedziby firmy zapomniał dokonać rezerwacji łódki na powrót gości. Sytuacja była awaryjna: łodzi nie było, za cztery godziny odlatywał samolot Amerykanów, a do lotniska minimum trzy godziny żeglugi w małej obozowej łódce z silnikiem spalinowym i brakiem ochrony przed przejmującym wiatrem. Jednym zdaniem: stres, walka z czasem, bezsensowna strata paliwa oraz wstyd przed gośćmi, którzy słono zapłacili za swoje polowanie na Grenlandii i spotkali się z rażącym brakiem profesjonalizmu.

Problemy z elektrycznością

Prąd w naszym obozie dostarczany był przez duży generator znajdujący się kilkanaście metrów od reszty zabudowań. Często zaniedbywany i niekonserwowany przez ostatnie kilka sezonów, co jakiś czas przestawał pracować lub potrzebował regularnych napraw. Przekładało się to na problemy z dostępem do elektryczności lub ograniczaniem pracy generatora ze względu na zużycie paliwa, a w konsekwencji do nieogrzewania kabin w co cieplejsze noce. Dodam, że co cieplejsze zgodnie z islandzkim odczuwaniem temperatury.

Dla mnie niekiedy było wręcz lodowato, wobec czego ciepła piżama, skarpetki i termofor stawały się moim najbliższym przyjaciółmi. W te wieczory wygrzanie się w saunie przed snem było prawdziwym luksusem.

Oczywiście pracy generatora prądu towarzyszył miarowy hałas, do którego po kilku godzinach łatwo się było przyzwyczaić. Co prawda niektórzy goście zwracali uwagę, że chcieliby mieć wyłączony generator na noc, by móc w spokoju zasnąć, ale na szczęście nikt nie traktował takich pomysłów poważnie – szczególnie w coraz chłodniejsze późno sierpniowe wieczory, gdy nocą temperatura potrafiła sięgnąć -1 stopnia.

Brak internetu i zasięgu sieci komórkowej

Stosunkowo najmniejszy problem w trakcie pobytu na obozie, chociaż niemożność częstszego kontaktu z rodziną i znajomymi dawała się czasem we znaki. Mieliśmy co prawda szansę skorzystania z telefonu satelitarnego, jednakże ze względu na bardzo wysokie koszty połączenia rozmowy te musiały być krótkie.

Właściwie jedyną okazją, by skorzystać z sieci komórkowej, były podróże do Qassimiut. Konieczność uzupełnienia zapasów paliwa lub składników kuchennych i dóbr codziennego użytku powodowała jednak, że pobyt na wyspie nie trwał z reguły więcej niż kilkadziesiąt minut. Wystarczająco by zadzwonić do domu, ale czasem pozostawało poczucie niedosytu.

Brak internetu to natomiast wyłącznie kwestia praktyczna – niemożliwość otrzymania maila od menadżera na Islandii znacząco utrudniała komunikację i przekazywanie szczegółów dotyczących przypływających do obozu gości. Wszystko odbywało się wobec tego w trakcie rozmów telefonicznych, co ograniczało ilość przekazywanych nam informacji i zdarzało się, że do obozu przybywało bez uprzedzenia mniej osób, niż powinno lub zajmowano więcej kabin, niż mieliśmy to na liście.

Wraz z upływem czasu ciężkie i trudne dni w pracy zdarzały się coraz częściej. Rosnące poczucie zmęczenia, kłopotliwi lub burkliwi goście, awarie i nieporozumienia z szefostwem – wszystko to kumulowało się we mnie i sprawiało, że wracała do mnie tęsknota za domem i rodziną.

0 thoughts on “Minusy pracy obozowej na Grenlandii

  1. Hej! Myślę o wyprawie na Grenlandię w okolicach kwietnia, zastanawiam się czy polecieć do Nuuk czy Ilulissat, a może zdecydować się na prom kursujący pomiędzy tymi miejscowościami, najbardziej zależy mi na zobaczeniu wielkich brył lodu, lodowych klifów, podróżowałeś może trochę po Grenlandii? Co prawda nie znalazłam takiej informacji u Ciebie na blogu, ale może słyszałeś gdzie „fajniej”? 😉 Pozdrowienia z Islandii!

    1. Hej, dzięki za komentarz! 🙂 Podróżowałem tylko po południowej Grenlandii, mniej więcej od Narsarsuaq do Qassimiut. Ale już i tam widać lodowiec i góry lodowe. Z kolei lecąc do Kangerlussuaq przez większą część podróży leciałem nad lodem! O Nuuk słyszałem raczej negatywne rzeczy, w opinii Grenlandczyków i Islandczyków, z którymi rozmawiałem, to mało interesujące miasto. Jeśli chcesz, to mogę podpytać znajomego kapitana, jak on by widział taką podróż 😉

        1. Hej, dostałem odpowiedź na Twoje pytanie. Zamieszczam w całości, daj znać, jeśli się przyda 🙂
          „I would choose Illulisat over Nuul,without hesitation.
          Illulisat should be fantastic in April(as it always is)
          The best way and probably the cheapest is through Iceland.
          Tell your friend to contact flugfélag Islands about the the flight from Iceland to Illulisat.
          She can choose from a lot of airlines to Iceland.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *