Wycieczka na Gozo

Gozo jest malutką wyspą położoną zaledwie kilka kilometrów na północ od Malty. W języku maltańskim jej nazwa oznacza radość – i rzeczywiście, po odwiedzeniu tego niezwykłego miejsca wydaje mi się, że jest to nazwa niezwykle trafna. W dzisiejszym poście zapraszam Was na relację ze zwiedzania wyspy!

Naszą podróż zaczęliśmy od dotarcia na samą północ Malty, skąd – z miejscowości Cirkewwa – odpływa prom zmierzający na Gozo. Bilet w obie strony kosztuje 4,65 euro, jednakże opłatę uiszcza się dopiero w drodze powrotnej. Pokonanie tych kilku kilometrów wody oddzielających dwie wyspy Archipelagu Maltańskiego zajmuje zaledwie około dwudziestu minut i odbywa się na pokładzie ogromnego statku z dwoma pokładami widokowymi, toaletami oraz całkiem nieźle wyposażoną (ale i tłoczną) kantyną. Co ważne, oba porty – zarówno w Cirkewwie na Malcie i w Mgarr na Gozo są dobrze oznakowane. Nie sposób się zgubić, chociaż muszę przyznać, że według mnie estetyką wnętrz przypominają nieco hale lotniskowe. Dla miłośników podróży ze zwierzętami dodam jeszcze, że można wejść na pokład promu z psem. Tak gdyby ktoś pytał.

Sama podróż – nie tylko jest krótka, ale i pozbawiona większych atrakcji. Ot, kolejny sposób komunikacji z wyspą niż wartość sama w sobie, chociaż domyślam się, że dla osób zainteresowanych marynistyką ciekawostkę stanowić może prom sam w sobie. Jeśli natomiast ktoś z Was dotarłszy na Maltę myślałby o wycieczce na Gozo, ale obawiałby się choroby morskiej, śpieszę donieść: prawie nie czuć, że się płynie. Rozmiar jednostki i spokojna woda gwarantują bezpieczną przeprawę.

Po wyjściu z portu na Gozo bez problemu znaleźliśmy przystanek komunikacji miejskiej. I tu ciekawa obserwacja: oczekując na autobus kilkakrotnie podchodził do nas nachalny i agresywny taksówkarz, który usilnie starał się nas namówić na zmianę planów i podróż razem z nim wgłąb wyspy. Z miejsca nas też bezczelnie okłamał, twierdząc, że autobus kursuje zaledwie co dwie godziny, a ostatni przyjeżdża o 18. Nie lubię być okłamywany, tym bardziej więc postanowiłem uparcie czekać na autobus, co do którego wiedziałem, że niedługo przyjedzie. Widzicie, komunikacja publiczna w Mgarr, dokąd przypłynęliśmy, zaplanowana jest w ten sposób, żeby przyjeżdżać wraz z turystami przed wypłynięciem promu na Maltę i poczekaniu na tych, którzy się z Malty właśnie dostali na Gozo.

Co więcej, za decyzją poczekania na autobus przemawiał też fakt, że mieliśmy już wykupione bilety miesięczne i zdecydowanie nie chcieliśmy wydawać więcej pieniędzy, niż było to niezbędne. Dla tych z Was jednak, którzy dotarliby na Gozo, istnieje kilka różnych sposobów poruszania się po wyspie.

Po pierwsze, jeśli macie wykupione bilety na komunikację miejską na Malcie, to spokojnie możecie z niej korzystać również na Gozo – obie wyspy obsługuje bowiem ta sama firma. Drugą ciekawą opcję stanowią czerwone autobusy Hop ON&OFF, które często można spotkać w co bardziej popularnych turystycznie miastach w Europie. Jedyna różnica polega na tym, że na Malcie jeżdżą po złej  lewej stronie drogi. Autobusy te kursują co 45 minut pomiędy najważniejszymi atrakcjami turystycznymi na Gozo. W Cirkewwie z łatwością znajdziecie handlarzy, którzy sprzedadzą Wam całodniowy bilet na nielimitowaną ilość przejazdów za 10 euro (cena na ulotce: 18 euro). Przystanek Hop ON&OFF ulokowany jest na prawo od wyjścia z portu w Mgarr.

Trzecią możliwością jest skorzystanie z zielonego autobusu Sightseeing Gozo, który działa na tych samych zasadach, co Hop ON&OFF, ale kursuje od niego nieco częśćiej. Czekając na przyjazd autobusu komunikacji publicznej dostaliśmy też zresztą propozycję od innego taksówkarza, który zaoferował się przewieźć nas po wyspie podobnie jak robią to busy Hop ON&OFF.

Po dwudziestu minutach oczekiwania w końcu zobaczyliśmy  nasz autobus. Zwiedzanie wyspy postanowiliśmy rozpocząć od dotarcia do stolicy Gozo, Rabatu, będącego również głównym (bo jedynym) węzłem komunikacji miejskiej na wyspie. Rabat jest niezwykle interesującym miejscem: zacznijmy chociażby od tego, że tak właściwie ma dwie nazwy. Miasto zostało przez Arabów nazwane Rabatem, jednak w 1897 roku zmieniono ją na Victorię (chciano w ten sposób uczcić sześćdziesięciolecie rządów brytyjskiej królowej Wiktorii). Obecnie prawie 7 tysięczne, szczyci się długą historią osadnictwa na jego terenach – sięgającą aż do neolitu.

Zwiedzając centrum miasta byłem pod wrażeniem jego uroku: małe, wąskie i kręte uliczki, domy i wille zbudowane z tak wszędzie spotykanego na Malcie piaskowca, mnóstwo malutkich sklepów, restauracji i knajp. Nawet liczba turystów w porównaniu z o wiele bardziej zapchaną Vallettą stanowiła miłą i relaksującą odmianę.

Wkrótce skierowaliśmy się w stronę Cytadeli górującej nad miastem. Jej początki sięgają epoki kamienia, przechodząc kolejno w ręce Fenicjan, Rzymian, Aragończyków, Joannitów, Francuzów pod rządami Napoleona, przez krótki okres samych mieszkańców wyspy, aby ostatecznie wpaść w kuratelę Brytyjczyków. Wspinając się powoli wzdłuż głównej drogi skręciliśmy jeszcze do interaktywnego centrum turystycznego Cytadeli – interactive visitor center (wybaczcie proszę niezgrabną kalkę z angielskiego, ale trudno mi jest przetłumaczyć to lepiej. Może ktoś z Was ma pomysł, jak mogłoby to wyglądać? Dajcie znać w komentarzu!).

Szczególne wrażenie wywarło na mnie to, w jak przemyślany sposób angażowano turystów w przeżywanie doświadczenia zwiedzania Cytadeli: przyciemniane światła i wielkie, kolorowe ekspozycje przyciągały wzrok i tworzyły wrażenie wkraczania do innego świata. Kontrast pomiędzy prawie trzydziestostopniowym upałem na zewnątrz a chłodnymi, ciemnymi pomieszczeniami centrum zachęcały do nieśpiesznego zwiedzania ekspozycji. Przekaz informacji tekstowych o historii Cytadeli był raczej lakoniczny – główną narrację oddano bowiem obrazom i rysunkom. Dla bardziej ciekawskich zwiedzających w każdym pomieszczeniu dostępne były ekrany dotykowe, po których uruchomieniu pojawiało się więcej informacji o Cytadeli.

Prawdziwym zaskoczeniem była dla mnie natomiast sala projekcyjna, w której dzięki niesamowitym animacjom oglądaliśmy historię tego wyjątkowego miejsca. Ba, co ja piszę, oglądaliśmy! Byliśmy w nią w 100% zaangażowani – stojąc pośrodku niewielkiego prostokątnego pomieszczenia aktywnie uczestniczyliśmy w opowiadanej historii, a to dzięki przemyślnemu systemowi projektorów zawieszonych na suficie. Wszystkie ściany pomieszczenia służyły za ekrany projekcyjne, a oglądając płynący statek, na pozostałych ścianach mogliśmy oglądać projekcję wzburzonego Morza Śródziemnego. Nagle znaleźliśmy się więc w samym środku sztormu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *