Jak wyglądały moje studia na Malcie?

Jadąc na Erasmusa nie miałem jakichś sprecyzowanych oczekiwań wobec tego, jak miałyby wyglądać moje studia. Jasne, chciałem poznać nową kulturę i pomieszkać trochę na wyspie. Przed podjęciem decyzji o aplikowaniu na stypendium przeglądałem też zdjęcia najpiękniejszych miejsc na Malcie i wiedziałem, jaką ofertę zajęć może mi zaproponować Uniwersytet Maltański. Postanowiłem jednak, że tym razem pojadę bez żadnych konkretnych oczekiwań. Poprzednim razem, gdy studiowałem w Czechach, miałem bardzo sprecyzowane plany i w kilku miejscach się na tym przejechałem, chociaż ogólnie rzecz biorąc wspominam to doświadczenie jako pozytywne i rozwijające.

Na Malcie realizowałem cztery przedmioty mniej więcej pokrywające się z częścią zajęć, które realizowałbym na Uniwersytecie Jagiellońskim w semestrze, w którym wyjechałem. Niestety nie udało mi się znaleźć odpowiedników wszystkich przedmiotów, przez co po powrocie musiałem jeszcze podchodzić do sesji w Krakowie. Podobnie wyglądała moja sytuacja w trakcie wyjazdu do Czech, więc nie była to dla mnie nowość.

Na Uniwersytecie Maltańskim wszystkie zajęcia prowadzone są po angielsku. Być może miałem szczęście, ponieważ mimo przesłanych nam informacji o tym, że maltańscy wykładowcy czasem nieświadomie przechodzą na swój rodzimy język na wykładach, mi taka sytuacja się nigdy nie zdarzyła. Owszem, niekiedy osoba prowadząca zajęcia zwracała się do studentów po maltańsku, ale prawie zawsze miało to na celu uciszenie grupy 😊

A skoro już o uspokajaniu studentów mowa: dla mnie sporym zdziwieniem był fakt, jak niezdyscyplinowani potrafią być maltańscy studenci. Bo wiecie, była kolonia brytyjska, więc i brytyjski system edukacji. A jednak nie raz zdarzyło mi się wymienić z Olą, z którą uczęszczałem na wykłady, zdziwione spojrzenia. Przy czym problem ten dotyczył przede wszystkim zajęć prowadzonych na Instytucie Turystyki, a prawie nigdy na zajęciach z antropologii medycznej. Dużo zależało tutaj od szacunku, jakim cieszyli się poszczególni wykładowcy, ale ogólnie można chyba założyć, że w stosunkach z maltańskimi wykładowcami maltańscy studenci zachowywali się o wiele luźniej, niż w sytuacjach, gdy prowadzącym był obcokrajowiec. Ale i od tego były wyjątki.

W tym miejscu muszę też zauważyć, że w pewnym sensie Maltańczyków tłumaczył ich wiek: ja chodziłem na zajęcia z ludźmi mającymi 21-22 lata, więc nasza różnica wieku była dość spora. Co ciekawe, patrząc na niektórych chłopaków z grupy miałem wrażenie, że – z wyglądu – nie opuściliby u nas jeszcze gimnazjum! 😊

Jako że uczęszczaliśmy na zajęcia ze zwykłymi studentami UoM, my jako Erasmusi byliśmy dodawani do regularnych grup studenckich. Mam tutaj porównanie z Czechami, gdzie wykłady, na które byłem zapisany, prowadzone były wyłącznie dla Erasmusów. Sprzyjało to integracji: wszyscy byliśmy w dokładnie takiej samej sytuacji, postawieni w obliczu nowych wyzwań, z nieznanymi sobie ludźmi i w czasem zaskakujących okolicznościach. Tutaj natomiast, na Malcie, byliśmy niejako gośćmi, osobami z zewnątrz, które przyjechały tylko na chwilę i za moment wrócą do swoich krajów. Być może tłumaczy to w pewnym stopniu to, że Maltańczycy z naszych zajęć prawie w ogóle nie byli zainteresowani nawiązywaniem z nami bardziej zażyłych relacji. Dla większości z nich (a i dla części wykładowców, eh!) nawet po tych kilku miesiącach byliśmy „tymi Polakami”. Obcymi.

Warto też wspomnieć o podejściu Maltańczyków do reguł i zasad panujących na Uczelni. W wyznaczaniu zasad są oni mistrzami – zaplanowali nam spotkanie orientacyjne na 10 dni przed rozpoczęciem się zajęć na Uczelni, co miało nam teoretycznie umożliwić poznanie Uniwersytetu i bieżącej oferty przedmiotów. Niestety, o czym nie wiedzieliśmy, pomimo że zapisy na wykłady zaczynały się relatywnie wcześnie, to zajęcia, które sobie wybraliśmy, startowały najpóźniej ze wszystkich wykładów na Uniwersytecie. Co więcej, kolejne dni orientacyjne były przygotowywane dla osób rozpoczynających pierwszy rok studiów na UoM prawie tydzień później. W praktyce oznaczało to tyle, że musieliśmy na Maltę przylecieć dobre 7 dni za wcześnie, w trakcie których nic się jeszcze nie działo i spokojnie moglibyśmy przybyć w lepszym dla nas terminie i nic byśmy nie stracili. No, ale mieliśmy powiedziane, że nie możemy się spóźnić nawet o dzień.

Przy zakończeniu stypendium również dało o sobie znać zamiłowanie Maltańczyków do komplikowania nam życia. Przez cały semestr oficjalną informacją było to, że z Malty można wylecieć po podejściu do wszystkich egzaminów. I tak też kupiliśmy bilety – dzień po ostatnim teście siedzieliśmy już w samolocie do Warszawy. A tu, niczym grom z jasnego nieba, na dwa lub trzy tygodnie przed wylotem dostaliśmy aktualizację z Biura Erasmusa: studenci przebywający na stypendium muszą pozostać na Malcie aż do końca sesji zimowej.

Cóż, publikowanie takich informacji z tak znaczącym opóźnieniem mija się z celem – my już nasze bilety mieliśmy kupione przynajmniej miesiąc wcześniej i ich zmiana nie wchodziła w grę. Tu na szczęście z tego post-kolonialnego brytyjskiego sentymentu do wyznaczania ścisłych reguł wybija się Maltańska mentalność, że ze wszystkim można sobie jakoś poradzić. Po konsultacji z naszą koordynatorką dowiedzieliśmy się, że tak właściwie to oni nie widzą żadnego problemu z naszym wyjazdem wcześniej 😝 Mail swoją drogą, rozmowa swoją.

Okej, a skoro o regułach mowa, to opowiem Wam jeszcze o tym, jak wyglądała sprawa ze słownikami na egzaminach. Jako studenci z krajów nieangielskojęzycznych dostaliśmy pozwolenie na korzystanie ze słowników (pod warunkiem, że będą to – w naszym przypadku – słowniki polsko-angielskie). Żeby jednak ową zgodę uzyskać, musieliśmy najpierw napisać maila z prośbą o wyrażenie zgody do naszej koordynatorki, która następnie informowała o tym trzy inne osoby odpowiedzialne za organizację studiów na Malcie. Dopiero po uzyskaniu ich aprobaty mogliśmy wziąć ze sobą na salę egzaminacyjną słownik.

I tutaj nastąpiło coś, z czego do tej pory po cichu się śmieję. Słowniki musieliśmy obowiązkowo pokazać naszej koordynatorce na 30 minut przed każdym egzaminem, a to po to, żeby mogła je otworzyć, przejrzeć i sprawdzić, czy nie włożyliśmy do nich żadnych materiałów pomocniczych. I tak też przyszliśmy pół godziny przed egzaminem pokornie prosząc o kontrolę naszych słowników.  Problem polegał na tym, że nasza koordynatorka po prostu wzięła je do ręki, szybko je przejrzała i oddała nam tuż po chwili. Całość nie zajęła nawet pięciu sekund! Trochę zdziwieni zapytaliśmy więc, czy to już wszystko. Gdy dostaliśmy odpowiedź twierdzącą wyszliśmy z sekretariatu i poszliśmy usiąść gdzieś w cieniu. Mieliśmy dalej 29 minut, więc na upartego spokojnie wystarczyłoby nam czasu na sporządzenie bardzo obszernych ściąg i włożenie ich do słowników, które zostały już oficjalnie sprawdzone i z namaszczeniem nam wręczone jako wolne od jakichkolwiek materiałów pomocniczych. Cała procedura, na którą składało się więc pisanie maili i zawracanie głów w sumie czterech pracowników UoM nie miała najmniejszego sensu!

Jeszcze jedna ciekawostka: Ola, która na egzamin weszła kilka minut przede mną, dostała opieprz za to, że mieliśmy stawić się ze słownikami u egzaminatorów, a nie u koordynatorki. Tylko że nikt, włącznie z rzeczoną koordynatorką, nam o tym nie wspomniał. Co więcej, Ola usłyszała też, że „nie może być tak, żeby studenci z zewnątrz przyjeżdżali na Maltę i opóźniali procedury egzaminacyjne”. Ale okej, będę wyrozumiały i uznam, że dany egzaminator miał po prostu zły dzień 😊

Co jeszcze mogę napisać o studiach na Malcie? Obecność na wszystkich zajęciach jest obowiązkowa, a same wykłady często zorganizowane były w trzygodzinne bloki. Na egzaminach kładzie się duży nacisk na nieściąganie, a wykładowcy mają pewną swobodę w wyborze formy zaliczenia przedmiotu. Znaleźliśmy dwa przedmioty mające taką samą liczbę punktów ECTS, ale na jeden z nich należało jedynie przygotować w domu esej, a na drugi przygotowywać się z czytanych tekstów, zrobić prezentację oraz zaliczyć egzamin. W rezultacie dostalibyśmy całe 2 punkty, sukces!

Studia na malcie na pewno są dobrą okazją dla osób, które czują potrzebę nadrobienia zaległości w używaniu języka angielskiego. Akcent maltańczyków jest w moim przekonaniu przeuroczy i aż miło go słuchać, a samym angielskim posługują się swobodnie, choć nie używają skomplikowanych konstrukcji gramatycznych. Nawet średnio ogarnięte językowo osoby łatwo się dopasują.

Miałem szczęście mieszkać blisko kampusu Uniwersyteckiego w miejscu, z którego miałem bardzo łatwy dostęp do większości autobusów rozjeżdżających się we wszystkie strony wyspy (a za ciężar znalezienia mieszkania i nie tylko serdecznie dziękuję Oli!). Koszt wynajmu pokoju jednoosobowego w mieszkaniu dwupokojowym wychodził miesięcznie około 300 euro z dodatkowo płatną wodą i prądem, ale nie były to jakieś kosmiczne sumy. Dość dużo wydawałem na jedzenie i życie, jednakże po to właśnie wyjechałem zarobić na Grenlandię, żeby nie przejmować się wydatkami na Malcie.

W trakcie pobytu na Erasmusie miałem też przyjemność gościć kilka osób z Polski, nie wspominając już o całej rodzinie, która przyleciała do mnie na Święta Bożego Narodzenia. W trakcie pobytu gości zauważyłem – i tu dzielę się swoją prywatną opinią na temat wyspy – że jeśli chcesz dobrze poznać koloryt Malty, zwiedzić jak najwięcej i mieć jeszcze czas na plażing, to dobrym pomysłem jest przylot tutaj na 7-10 dni późną wiosną lub wczesną jesienią (mniej więcej od końca kwietnia do połowy października), kiedy upały nie dają się jeszcze we znaki, ale jest ciepło, słonecznie i aż chce się jeździć po wyspie lub pluskać w Morzu Śródziemnym. Jeśli będziecie zainteresowani, chętnie przygotowałbym też schemat takiej kilkudniowej wycieczki po Malcie 😊

Z zalet pobytu na wyspie wymieniłbym jeszcze sporą chęć maltańczyków do niesienia pomocy turystom, którzy odwiedzają ich piękną wyspę, rewelacyjną średniowieczną architekturę i łagodny klimat. Nie bez znaczenia jest też niski koszt podróży z i na Maltę. Co do wad, to mi nasuwa się kilka: spędzając wakacje na Grenlandii, gdzie ludzi było stosunkowo niewielu, otoczony byłem otwartymi przestrzeniami i malowniczą przyrodą. Zobaczcie zresztą sami. Na Malcie miałem natomiast poczucie zamknięcia na o wiele mniejszej wyspie, gdzie liczba mieszkańców na kilometr kwadratowy czasem nieco mnie przytłaczała. Dla turystów-wczasowiczów problemem może być też nad wyraz słabo funkcjonująca  komunikacja miejska, a dla osób chcących wynająć samochód – ruch lewostronny.

Studia na Malcie poleciłbym więc osobom, które chciałyby spędzić Erasmusa w ciekawym kraju o przepięknej architekturze i dobrym, lekkim klimacie. Co prawda zimą, pomiędzy ostatnimi dniami listopada a połową stycznia, często zdarzało nam się marznąć w mieszkaniu (brak ogrzewania jest typowy dla krajów, w których średnia temperatura w ciągu roku jest dość wysoka), ale i w te chłodne dni mieliśmy wiele słońca i raczej nieczęste, przelotne opady deszczu. Raczej, ponieważ kilka razy rzeczywiście mieliśmy wrażenie, że niebo spadnie nam na głowę, jak bali się tego Galowie 😝 Ale tak to już jest – pogoda na wyspie zmienia się dynamiczniej niż na kontynencie.

Zdecydowanie jednak odradzałbym Maltę tym z Was, którzy wybierając destynację wyjazdową chcieliby mieć możliwość częstego podróżowania. Wydostanie się z Malty w rozsądnej cenie jest możliwe, ale niekoniecznie tak łatwe do zorganizowania. Jedyną ekonomiczną opcję stanowią tanie linie lotnicze, co jednak wiąże się z określonymi ograniczeniami bagażowymi. Jeżeli więc ktoś potrzebuje dużo przestrzeni, Malta będzie dla niego za ciasna.

Odradzałbym też Maltę tym z Was, którzy poszukiwaliby miejsca do rozwoju swojej kariery akademickiej. Zdecydowanie lepiej Wam będzie wybrać uniwersytety w Anglii, Francji czy w Niemczech. Uważam, że będąc na stypendium owszem, nauczyłem się kilku ciekawych rzeczy związanych z rozwojem turystyki, jednakże w moim odczuciu poziom przekazywanej na studiach wiedzy nie odbiega znacząco od tego, jaki mamy w Polsce. Na plus jednak jeszcze muszę dodać, że gdyby nie zajęcia z muzeologii, prawdopodobnie nie dotarłbym do wielu ciekawych miejsc na wyspie (co więcej, wejściówki do muzeów były dla nas z reguły za darmo!).

Kończąc już temat studiów na Malcie dodam również, że zdecydowanie polecałbym Maltę przede wszystkim jako destynację turystyczno-wypoczynkową, a także jako alternatywę wobec letnich kursów językowych w Wielkiej Brytanii. Wybierając Maltę nie tylko zaoszczędzicie, ale przeżyjecie wiele ciekawych doświadczeń 😊

Nie zapomnijcie też o liście 7 rzeczy, które mogą zaskoczyć turystów!

0 thoughts on “Jak wyglądały moje studia na Malcie?

  1. Mi się zdarza ostatnio myśleć o Erasmusie, jednak dla mojego Instytutu na UŚ nie ma tak atrakcyjnych miejsc wyjazdowych – do wyboru Czechy, Słowacja, Niemcy i chyba Austria. 🙂 Co do wpisu, super się czytało! Dużo cennych informacji i bardzo dobrze przekazanych, jestem pod wrażeniem, bo rzadko spotyka się wpisy długie i wciągające! Pzdr 🙂

    1. Hej, dzięki za miłe słowa!
      Ja też nie miałem w ofercie swojego Instytutu możliwości wyjazdu na Maltę, ale porozmawiałem z koordynatorką i udało się taką współpracę nawiązać. Największym problemem było wyrobienie się w czasie, ale ostatecznie się udało! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *